Karabin
Open to any feedback
Zapowiadał się kolejny jesienny dzień. Lecz któż by się spodziewał, że tak zwyczajnemu zajściu, jak wzejście słońca, mogło towarzyszyć pojawienie się w moim ciele tak bolesnych dolegliwości, jakich od dawna już nie zaznawałem. Postanowiłem więc odszukać pociechę w aktywności, która w owym czasie - przyznam się - w pełni cechowała moje marne życie, a mianowicie w piciu... Zebrawszy ostatek sił, zszedłem do piwnicy. Niebawem spostrzegłem jednak za zgrzewką flaszek lśniący przedmiot, który prędko przyciągnął moją uwagę. Zbliżywszy się, zauważyłem, iż wystawał z ziemi kawałek zmurszałego drewna, do którego przybity był metalowy zaczep pasa, odbijający na wszystkie strony światło. Musiałem przyłożyć niemało sił, ale ostatecznie wyjąłem tajemniczy przedmiot z gruntu, który go krył przez nie wiadomo jak długi czas. To, co dało się rozpoznać, zdziwiło mnie nad wyraz... Ów kawałek drewna zdawał się być rozkładającą się już kolbą zepsutego karabinu. Przez te lata, jakie spędziłem w tym domu, zdarzało się wprawdzie czasami trafiać na jakiegoś karaczana czy szczura, ale na coś tak groźnego, jak broń palna? Nigdy. Przyjrzałem się dokładniej, aby znaleźć jakąkolwiek wskazówkę co do jego pochodzenia, ale rychło się zawiodłem. Była owszem na kolbie metalowa płytka, ale była na tyle zardzewiała, że ciężko było cokolwiek odczytać. Chwyciłem więc za lufę, aby znaleźć jakikolwiek napis, a chociaż takowego nie znalazłem, coś innego wzbudziło we mnie niesamowite zdumienie. Doprawdy, zbliżywszy się do wylotu lufy, odczułem znienacka osobliwy zapach spalenizny... Instynktywnie sprawdziłem komorę nabojową w nadziei, iż moje złowrogie przeczucie okaże się nieuzasadnione, ale po raz kolejny się rozczarowałem... Wystawała bowiem tylna część pocisku, jakby spoglądał na mnie, zdziwiony, iż go przyłapałem na gorącym uczynku. Nie miał jednak możności odpowiadania na pytania, które mnie odtąd głęboko dręczyły. Do kogo bowiem mogła należeć ta broń? Wprawdzie stary Stach pełnił służbę w pułku carskim, ale za życia z takim niesmakiem wspominał wojnę, iż śmiechu warte zdawało się założenie, że mógł sobie taką pamiątkę do domu przywieźć. Swoją drogą, chociaż zawsze uważałem się za nieobytego z takiego rodzaju rzeczami, przekonałem się, że broń, którą trzymałem w ręku, miała nieco bardziej toporny charakter w zestawieniu z tymi wykonania rosyjskiego, jakie widziałem na starych zdjęciach rodzinnych, upamiętniających waleczną służbę moich praszczurów. Niemniej jednak, nie miałem osobiście żadnych innych związków ze sztuką wojenną, a zwłaszcza, że w domu żyłem samotnie, zrozumiałem, że musiałem zwrócić swój umysł gdzie indziej, aby odsłonić prawdę owej enigmatycznej broni. Z nagła przypomniałem sobie, że parę dni temu przeczytałem fragment artykułu z gazety, w którym wzmiankowano o pojawieniu się nowej przestępczej szajki, która rzekomo siała spustoszenie w okolicach. Herszt szajki, niejaki Urke, opisywany był jako okrutny bojownik, wychowany od dziecka w zwierzęcych warunkach i nieuznający żadnego autorytetu. Znany był stróżom prawa ze swoich znakomitych poczynań w stolicy, więc wiadomość, że przybył w tutejsze zaścianki, wyraźnie mnie oszołomiła. Dlaczego był zainteresowany tą miejscowością? Wsławił się mianowicie rabunkiem o wiele zamożniejszych rodzin niż te, które mógłby tu znaleźć, więc oczywiste było, że coś innego niż żądza pieniędzy go kierowało w te strony. Nie miałem jednak okazji dokończyć ciągu swoich myśli, które zostały nagle przerwane przez gromki huk pochodzący z parteru. Czy ów Urke już do mnie dotarł? Czego chciał ode mnie? Czyż to do niego należał ten karabin? Czy chciał go odzyskać? Czy może chciał się pozbyć każdego, kto wiedziałby o jego istnieniu? Lecz dlaczego obciążył akurat mój dom takim przeznaczeniem? W czym zawiniłem? Odruchowo ścisnąłem broń, opierając palec na spuście. Drzwi piwnicy zaskrzypiały, a snop światła zaczął rozpraszać gęsty półmrok. Wydawało mi się, że w tej jasności dostrzegam surowy, szyderczy uśmiech zbójcy... No i cóż, z duszą na ramieniu, w przeświadczeniu, iż ratuję całą wieś przed bestią, pociągnąłem za spust. Zamiast ogłuszającego huku, piwnicę wypełnił jedynie głuchy, żałosny zgrzyt przeżartej rdzą sprężyny. Postać na progu drzwi drgnęła. Usłyszałem szelest ubrań, a zaraz potem cichy, drżący głos, w którym nie było krztyny okrucieństwa, a jedynie bezbrzeżne zmęczenie: - Znowu tu zszedłeś? - powiedziała moja matka, stawiając lampę na schodach. Spojrzała na puste butelki, a potem na bezużyteczny złom w moich dłoniach. - Kiedyż wreszcie przestaniesz pić, synu? To już nas wykańcza.
Lecz któż by się spodziewał, że tak zwyczajnemu zajściu, jak wzejściewschód słońca, mogło towarzyszyć pojawienie się w moim ciele tak bolesnych dolegliwości, jakich od dawna już nie zaznawałem.
"wzejście słońca" to bardzo nietypowa konstrukcja, poza tym wydaje mi się że używasz za dużo przecinków, np. nie są one potrzebne przy krótkich porównaniach
Zbliżywszy się, zauważyłem, iż wystawał z ziemi kawałek zmurszałego drewna, do którego przybity był metalowy zaczep pasa, odbijający na wszystkie strony światło.
To, co dało się rozpoznaćzobaczyłem, zdziwiło mnie nad wyraz...
Przez te lata, jakiektóre spędziłem w tym domu, zdarzało się wprawdzie czasami trafiać na jakiegoś karaczana czy szczura, ale na coś tak groźnego, jak broń palna?
Zaimek "te" idzie w parze z "które", "ten" - "który". Za to "takie" używa się z "jakie", np. "przez takie lata, jakie...". Ale to zmienia znaczenie, tak można napisać jeśli chce się wyrazić czy te lata były dobre albo nie.
Doprawdy, zbliżywszy się do wylotu lufy, odczułem znienacka osobliwy zapach spalenizny...
Niemniej jednak, nie miałem osobiście żadnych innych związków ze sztuką wojenną, a zwłaszcza, że w domu żyłem samotnie, zrozumiałem, że musiałem zwrócić swój umysł gdzie indziej, aby odsłonić prawdę owej enigmatycznej broni.
Znany był stróżom prawa ze swoich znakomitych poczynań w stolicy, więc wiadomość, że przybył w tutejsze zaścianki, wyraźniecałkowicie mnie oszołomiła.
albo też ostro, wyraźnie bym użyła tylko opisując inną osobę, w kontekście, że po kimś wyraźnie widać że był oszołomiony.
Wsławił się mianowicie rabunkiem o wiele zamożniejszych rodzin niż te, które mógłby tu znaleźć, więc oczywiste było, że kierowało go w te strony coś innego niż żądza pieniędzy go kierowało w te strony.
Usłyszałem szelest ubrań, a zaraz potem cichy, drżący głos, w którym nie było krztyny okrucieństwa, a jedynie bezbrzeżne zmęczenie: - Znowu tu zszedłeś? - powiedziała moja matka, stawiając lampę na schodach.
Dziękuję bardzo za korektę!!
Overall feedback
Świetnie napisany literacki tekst. Gratuluję.
Discussion
No discussion yet.
Log in to join the discussion.